Katarzyna Wócik
 
 

Zrodzona 1 marca Anno Domini 1996. Od 2000 roku zamieszkała w Grójcu, przynajmniej fizycznie – duszą i sercem ciągle przebywa w Krakowie. Zakochana w poezji Shakespeare’a oraz Baczyńskiego, niepoprawna fanatyczka polskiej fantastyki, Harry’ego Pottera i horrorów Kinga. Nałogowo słucha rocka, metalu, roots reggae, a dzień bez Pink Floyd uważa za stracony. W wolnych chwilach lata po sadach i polach z aparatem, rysuje, czyta japońskie komiksy, kibicuje polskim siatkarzom i ogląda filmy z Nicolasem Cagem.

Podczas gdy większość siedmioletnich dziewczynek marzy o zostaniu księżniczką, modelką, aktorką czy piosenkarką, już wtedy zaczęła pisać. Na początku były to grafomańskie twory baśniopodobne – pasjonujące historie o przygodach leśnych zwierzątek, mrożące krew w żyłach opowieści o małej dziewczynce porwanej przez złego czarnoksiężnika i uwięzionej w zamku nawiedzanym przez mniej lub bardziej psychiczne duchy. Kiedy zaczęła coraz bardziej zagłębiać się w tematykę potterowską, spod pióra wypływała pierwsza twórczość z rodzaju fanfiction.

Po kilku niezbyt oryginalnych historyjkach wpadła na nie do końca przemyślany pomysł i zabrała się za pisanie opowiadania o Rose Weasley. Ambitny pomysł jak na dziewięciolatkę. Z kilku zupełnie niepowiązanych ze sobą pomysłów powstało ponad trzystustronicowe opowiadanie, które na jesieni 2012 zajęło czwarte miejsce w konkursie literackim na najlepsze potterowskie fanfiction, z czego jest nad wyraz dumna.

Aktualnie pisze wszystko, na co tylko ma pomysł – od fanfiction związanych z książkami, filmami bądź muzyką, przez obyczajówki, opowiadania historyczne i twórczość z pogranicza fantasy i horroru. Prawdę mówiąc, nie wierzyła, że coś umie, dopóki nie została jedną z 35 głównych laureatów ogólnopolskiego konkursu „Pamięć nieustająca” – krótkie opowiadanie, „Winny”, został wyłoniony z 1400 nadesłanych prac.

 "Winny"

Powierzono jej misję specjalną – udowodnić przerośniętej ludzkości, że jej 156 cm znaczy naprawdę wiele, a bycie Pingwinem to powód do dumy.

 
 
 

Amortencja

 

Każdy szanujący się Huncwot (a szanujących się Huncwotów w Hogwarcie było aż czterech) z całego serca nienawidził Ślizgonów. Co za tym idzie, każdy szanujący się Huncwot wykorzystywał wszelkie mniej lub bardziej sprzyjające okazje, by owych Ślizgonów podręczyć.

            Walentynki z pewnością należały do okazji bardziej sprzyjających.

            Plan w głowie Syriusza Blacka zrodził się już jakiś czas temu. Był idealny – zresztą jak wszystko, co z Syriuszem miało jakikolwiek związek. Co prawda wymagał dłuższych przygotowań, trochę poświęcenia… No i James jęczał, że nie będzie mógł zaprosić Evans na randkę, ale przełknął w końcu wytłumaczenie, że rudej przyda się chwila na przemyślenie błędów młodości i zmianę zdania, Rogaty więc porzucił chwilowo misterne plany randki idealnej i zajął się tym, czym powinien się zająć według syriuszowego grafiku, to jest na porannym treningu Quidditcha nieszczęśliwie zleciał z miotły, lądując w Skrzydle Szpitalnym. Remus, jako jedyny z Wielkiej Czwórki posiadający choć trochę pofałdowany mózg, zaopatrzył go wcześniej w butelkę odpowiedniego eliksiru, który warzył przez ostatni miesiąc. Zadaniem Petera było pozbycie się dwóch goryli, żeby sam Black mógł przejść do najprzyjemniejszej części zadania.

            Wyjrzał zza posągu Garbatej Wiedźmy, przytrzymując Pelerynę Niewidkę. Z cichym westchnieniem rozprostował zesztywniałe od dłuższego przebywania w jednej pozycji mięśnie, wsadził różdżkę do wewnętrznej kieszeni szkolnej szaty, rozmasował obolały kark.

            Głównej ofiary planu ciągle nie było.

            Zastanawiał się, co poszło nie tak. Na wszelki wypadek już wyklinał niezdarność Glizdogona, kiedy na korytarzu rozległy się wolne, dostojne kroki. Odwrócił się błyskawicznie, wyczekująco patrząc na róg, zza którego powoli wyłaniała się ślizgońska szata, odznaka Prefekta Naczelnego i długie, blond włosy.

            Uśmiechnął się do siebie złośliwie.

            Czas zacząć zabawę.

            Z nieskrywaną radością obserwując zmianę na dotąd spokojnej twarzy Ślizgona, zrzucił z siebie pelerynę.

            - Cześć, Malfoy – przywitał się grzecznie, po czym, nim blondyn zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, wymierzył mu cios w szczękę.

            Ciało bezwładnie opadło na posadzkę. Dla pewności wyjął jeszcze różdżkę, rzucając zaklęcie oszałamiające. Z radości zatarł ręce, podskakując wysoko.

            Ten dzień nie mógł być już lepszy.

            Do Skrzydła Szpitalnego szedł w podskokach, wesoło pogwizdując. Nie bardzo zwracał uwagę na to, że lewitowane przez niego ciało Lucjusza Malfoya raz po raz odbywa bliskie spotkania trzeciego stopnia z sufitem oraz niezbyt czystą podłogą.

 

* * *

            James Potter się niecierpliwił.

            Co prawda znał Łapę już sześć długich lat, traktował go jak brata, wiedział o nim praktycznie WSZYSTKO…

            …i właśnie w tym tkwił zasadniczy problem.

            Huncwockie plany Syriusza Blacka miały to do siebie, że, choć zazwyczaj powalały kreatywnością oraz prostotą, nigdy się nie udawały. Zawsze istniał przynajmniej jeden punkt, który wypalić nie mógł. Zazwyczaj wiązało się to z personą Petera Pettigrew, który opacznie coś rozumiał, nie rozumiał w ogóle, albo po prostu szedł na intuicję – w jego przypadku mizernie rozwiniętą.

            Dlatego też James był PEWNY, że i tym razem coś nie wypali. Przełożył nawet trening Quiddticha wiedząc, że najbliższą sobotę spędzi w gabinecie McGonagall. Przez to po raz kolejny tracił szansę na spędzenie czasu z Evans w jakimś ustronnym miejscu (obiecał sobie w duchu, że jeżeli Gryffindor i jego własne szczęście bardzo przez to ucierpią, Łapa oberwie w sposób nad wyraz przyjacielski i bolesny).

            Tak, James Potter był wściekły i jedynie widok Lucjusza Malfoya w odpowiednim… nastroju… mógł poprawić mu humor.

            Jak na zawołanie, drzwi Skrzydła Szpitalnego otworzyły się, a do środka wkroczył uśmiechnięty niemal dookoła głowy Syriusz Black. Gdzieś za nim, do góry nogami wisiał Malfoy, długimi, wypielęgnowanymi włosami polerując posadzkę.

            Syriusz mrugnął do niego porozumiewawczo. James wyszczerzył zęby, mocniej zaciskając palce na fiolce z eliksirem.

            - Pani Poooomfreeeeey! – zawołał Black. Zaraz jednak opanował radość, żeby wypaść nieco bardziej przekonywująco. – Pani Pomfrey!

            Fałszywość jego przerażenia dało się wyczuć na kilometr, Poppy Pomfrey jednak o dziwo w nie uwierzyła.

            - Co się stało? – wybiegła ze swojego gabinetu, w biegu poprawiając szatę. – BLACK, COŚ TY ZROBIŁ MALFOYOWI?!

            - To nie ja! – zapewnił Gryfon, przywołując na twarz wyjątkowo obłudną minę niewiniątka. – Ja go znalazłem nieprzytomnego i postanowiłem, że będę MIŁY – zaakcentował ostatnie słowo (w końcu nie często mu się to zdarzało) – więc przywlokłem go tutaj.

            - Na brodę Merlina, niech go pan puści, on nie może wisieć w takiej pozycji, to niezdrowe!

            Zgodnie z rozkazem, ciało nieprzytomnego Ślizgona wylądowało na posadzce. Z nieco zbyt głośnym hukiem.

            - Ups… Wymsknął mi się – Black zamrugał niewinnie powiekami.

            Pielęgniarka, fukając coś pod nosem, machnęła różdżką, przenosząc pacjenta na jedno z wolnych łóżek. Na chwilę wróciła do swojego gabinetu, pogrzebała w niewielkim kredensie i wróciła do sali z butelką wyglądającego niezbyt zachęcająco wywaru. W tym samym czasie James niepostrzeżenie przekazał przyjacielowi butelkę z eliksirem.

            Pani Pomfrey pochyliła się, nalewając do szklanki lekarstwo. Już miała zamiar podać je Malfoyowi, kiedy usłyszała głośny jęk Jamesa Pottera.

            Zatrzymała się w połowie wykonywanej czynności. Zerknęła przez ramię, patrząc uważnie na pacjenta.

            - Co panu jest…? – zapytała ostrożnie.

            - Moja ręka… - jęknął Potter, trzymając się za zabandażowane ramię.

            Przez chwilę nie wiedziała, co robić. Miała zamiar dokończyć podawanie eliksiru Ślizgonowi, ale nietypowa bladość drugiego chłopaka wyraźnie ją zaniepokoiła.

            - A, i tak jest nieprzytomny – wymamrotała cicho pod nosem, postawiła butelkę na szafce i pognała do młodego Pottera.

            Syriusz błyskawicznie skorzystał z okazji – wylał napełniony do połowy kubek lekarstwa do pobliskiej paprotki i wymienił go na „właściwy” eliksir.

            Wszystko zgodnie z planem.

            - To ja już będę szedł. Do widzenia, pani Pomfrey! – pożegnał się kulturalnie, raz jeszcze mrugnął do Jamesa, po czym opuścił Skrzydło Szpitalne.

 

* * *

            Lucjusz Malfoy ocknął się dość szybko.

            Rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znajdował. Jak mniemał, nie było to dormitorium Slytherinu – szczerząca się twarz Jamesa Pottera zdecydowanie nie pasowała do wystroju jego sypialni. Po unoszącym się w powietrzu zapachu leczniczych eliksirów rozpoznał, że z wielkim prawdopodobieństwem znajduje się w Skrzydle Szpitalnym. Zawsze uważał się za mistrza dedukcji.

            Świadomość, gdzie się znajdował, w żaden sposób jednak nie odpowiadała na pytanie, DLACZEGO znajdował się właśnie tu.

            Wspomnienia wracały powoli. Jego obstawa, w postaci dwóch silnych, niekoniecznie inteligentnych Ślizgonów, których nazwisk do tej pory nie znał, w drodze z Wielkiej Sali nagle poczuła się wyjątkowo źle. Jakoś nie bardzo miał ochotę na towarzyszenie im w toalecie, dlatego też do dormitorium udał się sam. Potem pamiętał tylko migawki – korytarz prowadzący do lochów, posąg Garbatej Wiedźmy, Syriusz Black…

            Zmrużył oczy.

            Black…

            Żądny zemsty, odrzucił koc, którym był przykryty. Zerwał się z posłania, przygładził włosy i szybkim, acz nadal majestatycznym, jak na arystokratę przystało, krokiem udał się do gabinetu pani Pomfrey z zamiarem uprzejmego doniesienia na jednego ze swoich ulubionych Gryfonów. Stanął w progu, już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, kiedy nieopatrznie jego wzrok zawiesił się na twarzy pielęgniarki.

            Lucjusz Malfoy oniemiał.

            W życiu nie przypuszczał, by ta skromnie urodzona, na pozór pospolita istota, miała tak regularne rysy twarzy, kształtny nos, pełne usta i te oczy…! Lucjusz poczuł nieposkromioną chęć zdzielenia krzesłem w twarz każdego, kto ośmieliłby się powiedzieć, że oczy te nie są najpiękniejsze na świecie. Cała sylwetka Poppy Pomfrey prezentowała się nad wyraz korzystnie – no, może jej szata była zbyt wypłowiała, czepek na głowie nieco brudny, a unoszący się wokół zapach medykamentów odrobinę drażliwy… Czymże jednak były te drobne usterki w obliczu zniewalającego piękna?

            - Marność, wszystko marność! – wyszeptał Lucjusz z przejęciem, wkładając w ten szept całą namiętność nagłego uczucia, jakim niespodziewanie zapałał.

            Poppy Pomfrey spojrzała się na niego wzrokiem poniekąd dziwnym, zastanawiając się, jak mocno Black zdzielił go w głowę.

            - Dobrze się pan czuje, panie Malfoy?

            - Najlepiej, gdy do mnie mówisz, aniele – wymruczał, przesadnie zniżając głos.

            Pani Pomfrey raz jeszcze spojrzała na swojego pacjenta. Rozczochrane włosy, rumiane policzki, niezdrowo błyszczące oczy i dygoczące ręce utwierdziły ją w przekonaniu, że coś jest nie tak. Na wszelki wypadek nie ponawiała pytania – wieloletnie praktyki w klinice Świętego Munga nauczyły ją, że rozmowy z wariatami rzadko kończą się pomyślnie.

            - Proszę wracać do łóżka, wypiszę pana dopiero rano – powróciła do uzupełniania papierów. Kilka minut później, widząc, że jej słowa nie przyniosły oczekiwanego rezultatu, a co za tym idzie Malfoy nadal wlepiał w nią cielęcy wzrok, westchnęła. – Dobrze, odprowadzę pana.

            Ślizgon był w siódmym niebie. Idąc obok kobiety swojego serca, raz po raz potykając się o własne nogi, układał szybki plan działania. Obiekt westchnień najwyraźniej pozostawał niewzruszony jego urokiem osobistym, trzeba więc było przekonać go do siebie czymś innym.

            Na całe szczęście, przez niespełnione marzenia ojca, miał pewną kartę przetargową.

            Usiadł na łóżku, a gdy pielęgniarka odwróciła się, by wrócić do gabinetu, złapał ją za rękę.

            - Jeśli pani pozwoli, chciałbym coś zaprezentować.

 

* * *

            Minerva McGonagall siedziała w swoim gabinecie, wygodnie rozparta na krześle. Z delikatnym uśmiechem, tak rzadko obecnym na jej ustach, przewracała kolejne strony jednego z mugolskich romansideł, które podrzucił jej Albus Dumbledore. Powstrzymując wręcz dziewczęcy chichot, pochłaniała dyskusję Elżbiety i pana Collinsa, kiedy drzwi gabinetu otwarły się, a do środka wpadła Poppy Pomfrey.

            Minerva ze zdziwieniem spojrzała na roztrzęsioną kobietę. Jeszcze ani razu nie widziała jej w takim stanie – Poppy ZAWSZE była chodzącym uosobieniem spokoju i opanowania.

            - Na Merlina, Poppy, co się stało?! – zapytała, zrywając się z miejsca.

            Kobieta pokręciła tylko głową, próbując uspokoić oddech.

            - Malfoy… - wydyszała wreszcie.

            - Co on ci zrobił? – zaniepokoiła się McGonagall. Groźba wojny między czarodziejami a mugolami stawała się coraz bardziej realna i nie było żadnej wiadomości, którą stronę trzyma rodzina Malfoyów.

            Pielęgniarki pokręciła tylko głową, nadal zbyt roztrzęsiona, by cokolwiek powiedzieć. Po chwili nie wytrzymała – wybuchła głośnym, histerycznym płaczem.

            Z pewną dozą powściągliwości, Minerva poklepała ją pocieszająco po ramieniu. Nie wyglądała na ranną, ani w jakikolwiek sposób torturowaną, zastanawiała się więc, cóż takiego mógł zrobić Lucjusz Malfoy, że doprowadził ją do takiego stanu.

            Nie musiała długo czekać na odpowiedź. Drzwi gabinetu otwarły się ponownie, a do środka wszedł oprawca w całej swej okazałości, dzierżąc w rękach pokaźnych rozmiarów lirę.

            - O, tu się schowałaś, miłościwa pani! – skłonił się nisko, niemal nie dostrzegając tymczasowej właścicielki pomieszczenia, w którym się znajdował. Odchrząknął, odrzucił kaskadę jasnych włosów na plecy, mocniej chwycił gryf liry, kilkakrotnie uderzył palcami w struny. – Pozwól, że zaprezentuję twór na twoją cześć. Powstał on pod wpływem chwili, dlatego przepraszam za wszelkie błędy. Z radością przedstawiam Paradoksografię w Dziewięciu Pieśniach pisanych wierszem. Ekhem.

            Lucjusz Malfoy zaczął śpiewać.

            W jednej chwili zrozumiała roztrzęsienie i histerię koleżanki. Głos Ślizgona odbijał się echem od ścian, wibrował w uszach, doprowadzając nieszczęsnych słuchaczy do apopleksji. Dwie minuty słuchania wystarczyły, by zapałała nagłą rządzą mordu – tylko wieloletnie doświadczenie powstrzymało ją od ostatecznego machnięcia różdżką. Odetchnęła głęboko, odrobinę się uspokajając.

            Machnęła różdżką, mamrocząc pod nosem zaklęcie. Blondyn zamilkł, przez chwilę rozglądał się po pomieszczeniu z wyraźnym zdziwieniem, po czym stracił przytomność, po raz kolejny tego dnia uderzając w posadzkę.

            - Poppy, podałaś mu amortencję! – zawołała z wyrzutem, patrząc na pielęgniarkę z pobłażaniem.

            - Niemożliwe, to był eliksir… - zamarła. Po chwili zmrużyła oczy. – Black…

* * *

 

            W gabinecie McGonagall panowała niezręczna cisza. Pani Pomfrey została odprowadzona do Skrzydła Szpitalnego przez Argusa Filcha, po uprzednich zapewnieniach, że za żadnym rogiem nie czai się oszalały z miłości Ślizgon z harfą, lirą i zestawem poematów. Minerva patrzyła na czterech szesnastolatków, uparcie wlepiających wzrok w czerwono-złote wzory na dywanie. Ze zniecierpliwieniem zaczęła bębnić palcami w dębowy blat.

            - Więc? – warknęła w końcu, bacznie przyglądając się gryfońskim czuprynom.

            Pettigrew nieopatrznie podniósł wzrok, jednak szybko tego pożałował. Widząc ciskane w swoją stronę błyskawice, znów spuścił głowę, czerwieniąc się na całej, obfitej powierzchni twarzy, co nadało mu wygląd niewyrośniętego, pokracznego pomidorka w blond tupeciku.

            Nauczycielka westchnęła ciężko. Poprawiła zsuwające się z nosa okulary.

            - Czyj to był pomysł?

            Cisza.

            - Dlaczego akurat MALFOY?

            Cisza.

            - Na litość boską, odezwie się ktoś wreszcie?!

            Cisza.

            Jęknęła głośno, łapiąc się za głowę. Ten wieczór utwierdził ją w przekonaniu, że po odejściu Huncwotów ze szkoły (każdego wieczoru zawzięcie modliła się, żeby Pettigrew ją skończył i wyniósł się stąd raz na zawsze. Była pewna, że każde spojrzenie na niego przypominałoby jej o pozostałej trójce, a tego jej biedne nerwy raczej by nie przetrwały) wyląduje na oddziale psychiatrycznym w Świętym Mungu, lub, w najlepszym przypadku, z dnia na dzień osiwieje.

            - Przyznajecie się chociaż do winy? – zapytała, nie bardzo licząc na jakikolwiek odzew. Nadzieja pojawiła się, gdy Potter z Blackiem wymienili po kryjomu porozumiewawcze spojrzenia. Opiekunka Gryffondoru wyprostowała się na krześle.

            - Tak – wypalił w końcu Potter, odważnie podnosząc głowę. Black zawtórował mu szerokim uśmiechem, przez co Lupin z rozmachem walnął się otwartą dłonią w czoło, mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem.

            - Dlaczego Malfoy nawet nie pytam… Ale co miała z tym wspólnego biedna pani Pomfrey?! – dostrzegła nikłe, niemal niezauważalne drgnięcie twarzy Syriusza. – Black?

            - …któryś nauczyciel musiał się poświęcić. Dla większego dobra – odparł nonszalancko, błądząc wzrokiem pod sufitem.

            Gdzieś w głębi podświadomości Minerva dziękowała, że nie była to ona.

            - Po raz KOLEJNY Gryffindor przez was cierpi – wycedziła, bardzo starając się zachować powagę. Wspomnienie rozhisteryzowanej Poppy bynajmniej jej w tym nie pomagało. – Jestem zmuszona odjąć piętnaście punktów za każdego z was. W sobotę Pettigrew z Lupinem zgłoszą się do mojego gabinetu równo o dziesiątej, natomiast Potter i Black odwiedzą pana Filcha…

            Z gardła Syriusza wyrwał się żałosny jęk, który wywołał na twarzy McGonagall złośliwy, bardzo niepedagogiczny uśmiech.

            - Dodatkowo… Lupin dostaje dziesięć punktów za dobrze wywarzoną amortencję. A teraz won do dormitorium, dzisiaj nie chcę już nic więcej o was słyszeć.

            - A mojego prawego sierpowego to nikt nie doceni?! – oburzył się Black, jednak na widok szubienicy w oczach nauczycielki zmienił zdanie, spuścił głowę, wymamrotał ciche „do widzenia” i opuścił gabinet z pozostałą trójką.

            Minerva odetchnęła z ulgą, kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi. Rozparła się wygodniej na krześle, zdjęła okulary, przetarła zmęczone oczy dłońmi. Choć w życiu by się do tego nie przyznała, uwielbiała wszystkie kolejne dowcipy Huncwotów i z ciężkim sercem przychodziło jej odbieranie kolejnych punktów Gryffindorowi, jednak nie mogła popsuć budowanej przez wiele lat opinii tylko przez czterech rąbniętych szesnastolatków.

            Usłyszała ciche pukanie do drzwi.

            - Proszę! – zawołała, ze zdziwieniem patrząc, jak drzwi powoli uchylają się, ukazując ziemistą twarz, długi, haczykowaty nos, ciemne, przetłuszczone włosy…

            Severus Snape stanął w gabinecie w całej, dość mizernej okazałości. McGonagall spojrzała na niego pytająco zza opuszczonych nisko szkieł okularów, czekając na jakikolwiek gest ze strony niespodziewanego gościa.

            Zbliżył się odrobinę do biurka, ani na chwilę nie odwracając podejrzanie zamglonego wzroku od jej twarzy. Padł na kolana, zza pleców wyciągając pokaźny wiecheć podwiędłych kwiatów.

            Nozdrza Minervy McGonagall zwężały się i rozszerzały w zastraszającym tempie. Zacisnęła palce na oparciu krzesła, pozostawiając na drewnie długie ślady po paznokciach.

            - Pettigrew, Lupin, Potter, BLACK!

 

 

Zgredźmin

 

            W ostatni dzień wakacji słońce prażyło wręcz niemiłosiernie. Źdźbła traw ruszały się pod wpływem pędzących w stronę Krakowa samochodów.

            Żwir wysypany na drodze do Michałowic chrzęścił pod stopami kulejącego wędrowca. Noga powoli wlokła się za nogą, zniszczony plecak smętnie zwisał z lewego ramienia.

            - Przy ciepłym piecu usadzono dziada, gosposia zaraz wedle niego siada... – zanucił chrapliwym głosem. Z kieszeni obszernego płaszcza wyciągnął fajkę, nabił ją tytoniem, zaciągnął się z lubością. Ciemno-miodowym okiem, spod półprzymkniętej, przyozdobionej kilkoma bliznami powieki, rzucił na stojącą nieopodal gospodę. – A on o boskich rozmawiając cudach, trącał ją po udach...

            Stary, walący się budynek zbudowany z drewnianych, okrągłych bali, z powybijanymi szybami, których resztki aż lepiły się od nadmiaru brudu, wyglądał niezwykle zachęcająco. Nad drzwiami radośnie dyndał przykurzony szyld z wygrawerowanym niesprawną ręką napisem „Pod wesołym knurem” wraz z martwym kogutem, przybitym do framugi przez jakiegoś zabobonnego mieszkańca wsi. Wędrowiec wykrzywił wąskie usta w zabarwionym złośliwością uśmiechu, patrząc na pijanych wieśniaków. Splunął przez lewe ramię, czubkiem noża wydłubał resztki wczorajszego śniadania.

            - Tak, to tu – mruknął. Rzucił plecak na ziemię.

            Nóż złowrogo błysnął w promieniach słońca.

* * *

            - Zdrowie pana młodego! – ryknął Pawło, sołtys, wylewając połowę zawartości kufla na stół. – Ups...

            - Ae... ae... a... – Andrzej, cieśla, jak zwykle po dostarczeniu do swojej krwi dostatecznej ilości zbawiennego płynu, ujawniał szereg zdolności lingwistycznych oraz znajomość specyficznego języka, swoistego rodzaju szyfru, który potrafią rozwiązać tylko nieliczni, dostąpiwszy zaszczytu zażywania sołtysowego samowara. – Ae... ae... tpaamego e!

            - Hę?

            - Cztery razy po dwa razy... – zanucił Heniek, kierowca rozrzutnika gnoju, przerywając kolejną alternatywnie inteligentną wypowiedź Andrzeja

            - Aeuneanegoego!

            - Co ty...

            - Mówi, że tu nie ma pana młodego – powiedziała żona cieśli, Izabela, z wyraźnym znudzeniem obserwując pijanych chłopów.

            Sołtys zasępił się. Faktycznie, to był pewien problem. Po piątym łyku wiedział już, co odpowiedzieć:

            - Alek jest całkiem niezły. I do wzięcia – wychrypiał.

            Izabela spojrzała z wyraźnym zwątpieniem na właściciela gospody, sześćdziesięcioletniego, siwego staruszka z dość znaczącymi brakami w uzębieniu, gapiącego się smętnie w rozbite okno.

            Pawło stwierdził, że nie lubi kobiet.

            Drzwi gospody otworzyły się gwałtownie. Zadął silny wiatr, a za progiem stał on.

            Wysoki, postawny facet, na oko trzydziestoparoletni, ubrany w wędrowny, ciemnozielony płaszcz, spod którego wystawały kawałki porwanych, idealnie pasujących do całości oblicza ortalionowych, dresowych spodni. Płowe, pozlepiane kosmyki włosów zwisały smętnie spod kowbojskiego kapelusza.

            Zapadła względna cisza. Kufle przestały stukać, strumienie piwa przyjemnie szumieć w uszach, ławy i krzesła szurać po podłodze. Tylko Heniek nieprzerwanie dostarczał kolegom do mózgów... do głów polskie dziedzictwo kulturowe w postaci pieśni biesiadnych.

            Wszedł do środka. Podszedł do baru, rzucił na ladę kilka drobniaków. Alek podniósł na niego zlęknione, przepite oczy. Bez słowa błyskawicznie podał mu naczynie pełne złocistego płynu.

            - Co, do...

            Słowa sołtysa przerwał brzęk metalowej pieczęci rzuconej na drewniany stół.

            - Diabli nadali... – burknął Paweł, przyglądając się gawronowi trzymającemu w dziobie widły. – Zgredźmin...

            Wędrowiec wyszczerzył krzywe zęby, ukazując światu przeróżne odcienie żółci.

            - Do usług – skłonił się nisko, zamiatając zakurzoną posadzkę brudnymi włosami.

            Wściekły sołtys, przybierając teoretycznie groźną minę, poderwał się z miejsca. Niestety, złowrogi efekt popsuł całkowity brak równowagi. Pawło potknął się o nogę stołu (oczywiście nikczemny mebel podstawił mu celowo i z rozmysłem, przecież ON nigdy w życiu nie potknąłby się o takie byle co, w końcu jest SOŁTYSEM. Sołtys nie potyka się o nogę stołu. Sołtys może potknąć się co najwyżej o... coś, co jest warte potknięcia się ważnego urzędnika gminy Michałowice, ot co) i wyrżnął głową wprost pod stopy Zgredźmina. Poderwał się z szybkością zdecydowanie nieadekwatną do jego stanu, w głowie mu zaszumiało, przed oczami mignął Mały Wóz, Wielki Wóz, Johnny Depp czy inne gwiazdy. Odruchowo rzucił wiązankę inwektyw, którą przerwał, czując na szyi dotyk zimnego ostrza.

            - Nu, toż to przystoi słów takich używać? – wycharczał wędrowiec do ucha sołtysa. – Wszak pan Turowski-Ryk, z rodu szlacheckiego się wywodzący.

            Pawło wolał nie wnikać, skąd nieznajomy zna jego nazwisko i pochodzenie. W zasadzie wolał już w nic nie wnikać. W końcu Zgredźmin nikomu nic jeszcze nie zrobił, czym tu się przejmować? W sumie to wędrowiec, niezwykle sympatyczny, pokojowo nastawiony, o czym świadczyła pepesza przypięta do pasa spodni oraz nóż i dziwny, samurajski, czy jak ta chińszczyzna się zwie, miecz.

            Jeszcze nikomu nic nie zrobił.

            No właśnie.

            Jeszcze.

            - Naszej wsi nic nie zagraża! – odważył się odezwać Alek, na wszelki wypadek chowając własną osobę za ladą. Zza kontuaru wystawał jedynie mizerny pęczek siwych kłaków. – Obecność maga jest co najmniej niekonieczna!

            Mężczyzna wybuchnął chrapliwym śmiechem.

            - Wiedział ja, że czasy się zmieniły, ale żebyż tak aż? Gdzie się podziała ta sławna, staropolska gościnność? – odczekał kilka sekund na odpowiedź, po czym kontynuował. – Poza tym z własnej woli żem tu nie przylazł.

            - Co masz... ma pan – poprawił się błyskawicznie Pawło, niechcący skutecznie uciszając śpiewającego Heńka pustym kuflem – na myśli?

            - Albowiem nie dalej jak dni temu kilka list otrzymałem od tejże wsi mieszkańca. List z wezwaniem o pomoc – oczy błyszczały mu złowrogo. – A Zgredźmin nigdy nie odmawia pomocy.

            - Toć ci się coś, panie, pomyliło! – Izabela błyskawicznie weszła w rolę prostej, wiejskiej dziewczyny. Odrzuciła długi, jasny warkocz na plecy, trzepocząc rzęsami. – Nikt z naszych nie śmiałby się zwrócić o cokolwiek do takiej ważnej persony! Z naszymi problemami sami sobie poradzimy, starymi, ludowymi czarami...

            - Pan Zgredźmin?

            W drzwiach gospody stanął wysoki, szesnastoletni chłopak, nerwowo zakładając kosmyk długich włosów za ucho.

Wędrowiec przyjrzał mu się bacznie, z sakwy zawieszonej przy pasku spodni wyciągnął kawałek kartki w kratkę, poplamionej dziwną, rdzawą substancją.

- Tyś do mnie napisał? Tyś jest Jaśko... yy... Jan Ryk? – odczytał nazwisko z pewną trudnością.

- Tak, ja. Czy moglibyśmy...? – przerwał na znak wędrowca, który kilkoma potężnymi haustami wychylił kufel piwa.

- Chodź.

Ramię w ramię opuścili gospodę.

- Wydziedziczę gnoja – warknął Andrzej, złowrogo patrząc na oddalającą się powoli sylwetkę pierworodnego.

- Chyba kpisz, kochasiu. Cały majątek jest mój, więc to tobie radziłabym uważać – stwierdziła Izabela z radosnym uśmiechem.

Pawło utwierdził się w przekonaniu, że zdecydowanie nie lubi kobiet.

 

* * *

Jan Ryk miał na karku lat szesnaście i z tłumu nastoletnich małopolszczan zbytnio się nie wyróżniał. Ot, przeciętnego wzrostu chłopak z długimi, ciemnymi włosami, brązowymi oczami i małpim wyszczerzem na facjacie. Słuchał lżejszych odmian rocka, zdarzało mu się czytać książki Piekary czy innego Pilipiuka. Nic ciekawego.

Pomijając jeden aspekt.

Jan Ryk widział rzeczy, których widzieć nie powinien.

Wbrew pozorom nie chodzi tu o podglądanie dziewczyn przebierających się na lekcje wychowania fizycznego.

Jan Ryk widział duchy.

A to do normalnych raczej nie należało.

 

* * *

Po wielu trudach udało mu się dotrzeć na zdewastowany po upojnej nocy sylwestrowej przystanek autobusowy. Jakieś siedem godzin temu rozpoczął się rok 2012, a impreza w ruinach starej fabryki na Nowej Hucie powoli, acz skutecznie się kończyła. Większość osób w stanie względnej używalności dotarła do domu, nędzne niedobitki, nie zważając na łysych dresów w towarzystwie smukłych bejsboli, spały na i pod ławkami w nowohuckim parku.

Rozklekotany PKS podjechał na przystanek w chwili, w której Janek ze zdziwieniem stwierdził, że kasa przeznaczona między innymi na bilet do domu, zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach.

„Oj tam, oj tam. Kanary pierwszego stycznia o ósmej rano sprawdzać biletów nie będą” pomyślał, mruknął znużonemu kierowcy „miesięczny”. Zajął tył pustego autobusu.

Na następnym przystanku dołączył do niego kanar.

Rok 2012 nie zaczął się szczęśliwe.

W drodze do domu Janek zajął się wyżywaniem na swojej wątpliwej inteligencji pod względem zarówno psychicznym – wyzywając się od debili i tym podobnych frajerów, jak i fizycznym – waląc głową w metalową rurę.

- Nie warto. Niektórym przypadkom nic już nie pomoże.

Chłopak spojrzał ze zdziwieniem na faceta stojącego przy drzwiach.

Półprzezroczystego faceta ubranego w obcisłe, jaskrawożółte rajtki w paski, czerwony gorset, zielone ciżemki z dzwoneczkami na czubkach i z siekierą tkwiącą w głowie.

- W przyszłym roku siedzę w domu – obiecał sobie Ryk, waląc pięścią w serce, kiedy wreszcie udało mu się pozbierać szczękę z posadzki. – Sam. Ewentualnie w towarzystwie kota i butelki Piccolo. Chociaż nie. Piccolo sobie daruję.

- Taa, jasne. Komu chcesz to wmówić? – burknął błazen, drapiąc się po zbroczonym krwią czole.

- Jestem sam. Siedzę sam w autobusie i gadam do siebie. Trudno. Ważne, że jestem SAM. A przede mną nikt nie stoi.  Zwłaszcza zakrwawiony facet z siekierą we łbie.

Jan kiwał się w przód, w tył, mamrocząc powyższe słowa jak jakąś mantrę. Nie zwracał uwagi na teatralne przewroty oczami towarzysza, ani na dziwny wzrok kierowcy gapiącego się w lusterko.

- Zawsze to samo – westchnął błazen. – „Ciebie tu nie ma! Nie istniejesz!” bla, bla, bla. Tępa percepcja dzisiejszego człowieka. To, że jestem martwy nie oznacza, że nie żyję!

- Aha – chłopak popisał się zdumiewającą elokwencją.

- Dobra, dobra, nie żyję. Ale niekulturalnie jest ignorować zmarłych. Duchom trza okazać należyty szacunek! Mógłbym być twoim... a właściwie, to który mamy rok?

- 2012 – odparł, poważnie zastanawiając się, PO CO wdaje się w dialogi z powietrzem. Które, o dziwo, mu odpowiada.

- Już?! – zdziwił się duch. – Jak ten czas szybko leci... W każdym bądź razie urodziłem się jakieś pięćset lat temu! Trochę szacunku dla starszych!

- A... ale...

- Żadnych „ale” dzieciaku! Po coś Perun mnie tu przysłał. Musimy pogadać.

- Aha. To cześć! – kulturalnie pomachał duchowi na pożegnanie, wyskakując z autobusu na przystanku w Michałowicach, po czym pocwałował w stronę rodzinnego domu.

- Zawsze uciekają... – stwierdził oburzony błazen.

 

* * *

            - I po toś do mnie pisał? – zapytał Zgredźmin, rozprostowując obolałe kończyny. Z pobliskiego dębu urwał suchą gałąź, wyjął niewielki scyzoryk i zaczął wycinać w niej dziwne znaki.

            - Słu... słucham? – wyjąkał Janek, z wyraźną fascynacją gapiąc się na sprawne palce maga.

            - Oj, coś ja widzę, że ty nie tyle masz z duchami problem, co samo zgredźminostwo cię interesuje – uśmiechnął się, ukazując szereg żółtych zębów.

            - Nie... to nie tak... niezupełnie tak – zmieszał się chłopak. – Po prostu... co pan robi?

            Gdyby nie uszy, Zgredźmin uśmiechałby się dookoła głowy.

            Nie odpowiedział od razu. W sumie nie odpowiedział w ogóle. Jedynie skończył dzierganie znaczków w drewnie, po czym cisnął gałąź w pobliskie krzaki. Chłopak usłyszał przeraźliwy wrzask, później cichy trzask, nad czarny bez uniosła się szarawa mgiełka.

            - Kikimora – odparł ze wzruszeniem ramion, dostrzegłszy zdziwione spojrzenie Janka. – Ostatnio bardziej znana jako Szyszymora... Angielska moda – splunął z pogardą.

            - Szyszymory istnieją? – zapytał Ryk, wytrzeszczając oczy.

            - Zapytał chłop, którego Siem nawiedził – prychnął Zgredźmin.

            - Co mnie nawiedziło?!

            - Siem. Słowiańskich baśni się nie czytało, co? O własnym dziedzictwie kulturowym się zapomniało?

            Chłopak zakodował sobie w pamięci, żeby w czasie najbliższej wizyty w Krakowie nabyć zbiór słowiańskich baśni i legend.

            - Błazen, który ci się ukazał, to prawdopodobnie Siem. Bóstwo opiekuńcze życia rodzinnego. Nieszkodliwy duch, aczkolwiek rzadko spotykany. To natomiast – przygiął ręką gałęzie czarnego bzu, ukazując kurczącą się z sekundy na sekundy kobietę o wyjątkowo zniekształconej, przypominającej szczurzą twarzy – była Szyszymora. Pierwsza na świecie przedstawicielka feminizmu – skrzywił się z obrzydzeniem. – Upiór nienawidzący mężczyzn... nu, potrafi ona nieźle nam w głowie namieszać. Ale kontynuuj, kontynuuj. Jeden raz ci się Siem ukazał?

            - Nie. To był dopiero początek – stwierdził Janek, kiedy udało mu się wreszcie otrząsnąć.

 

* * *

            - Okej, okej. Do jutra! – rzucił do oddalających się w stronę skate-parku kumpli. Sam wbił ręce w kieszenie spodni, kierując się do Rynku Głównego.

            Był piątek, połowa marca. Zima uciekła gdzie pieprz czy inna gałka muszkatołowa rośnie, ustępując miejsca wiośnie. Po śniegu śladu najmniejszego nie było.

            Po duchu także nie.

            Janek doszedł do wniosku, że spotkany błazen był wytworem jego wyobraźni. Ewentualnie wyjątkowo paskudnym objawem posylwestrowego zmęczenia.

            Ale na pewno nie był prawdziwy.

            Zresztą, prawdziwy czy nie – od trzech miesięcy nie dawał o sobie znaku życia (o ile o duchu można coś takiego powiedzieć), więc nie miał się czym przejmować.

            Do czasu.

            Aktualnie Jan dreptał sobie spokojnie ulicą Grodzką, zmierzając w stronę Wawelu. Jak co tydzień.

            W zasadzie nie bardzo wiedział, jak logicznie tłumaczyć te cotygodniowe wycieczki do domu królów polskich. Po prostu coś ciągnęło go w tę stronę. Dlatego też w każdy piątek, zaraz po lekcjach, szedł na Rynek, od pana Marcela nabywał stały zestaw świeżych bajgli (dwa z makiem, jeden z solą), po czym szedł na Wawel, siadał na murze z widokiem na Wisłę, po czym kontemplował spacerujących alejami ludzi. Co prawda zmieniał odrobinę plany, gdy lało jak z cebra, albo termometry ukazywały śliczną, okrągła temperaturę minus dwudziestu pięciu stopni. Ale to mało ważne.

            Jan Ryk właśnie przeciął ulicę Poselską, machając do stojącej po drugiej stronie dziewczyny. W sumie nie bardzo wiedział, jak miała na imię – ot, kojarzył ją ze szkolnego korytarza. Na samo wspomnienie wzdrygnął się z obrzydzeniem. Dziewczyna, jak to zwykle z babami bywa, odebrała to nieco opacznie, prychnęła, spłonęła urodziwym rumieńcem, po czym szybkim krokiem oddaliła się w stronę plant. Chłopak tylko wzruszył ramionami, wbił ręce do kieszeni podartych spodni i kontynuował szybki marsz. Wyszczerzył małpią facjatę do stojącego pod wzgórzem studenta, który, zapakowany w lśniącą, aluminiową zbroję, pasował na rycerza małego, wybitnie dzielnego chłopczyka. Student mrugnął porozumiewawczo okiem spod przyłbicy, tubalnym głosem wypowiadając słowa przysięgi, które przejęte dziecko piskliwe powtarzało.

            Chwilę zagapił się na tę cudowną scenę rodzajową.

            Chwilę za długo.

            Poczuł, że na coś wpada. Na coś odzianego w czarne ciuchy, z czarnymi paznokciami, pieszczochami na rękach i Emo fryzurą na łbie. Dodatkowo coś trzymało w ręku lustrzankę cyfrową i właśnie przymierzało się do zrobienia zdjęcia. Oczywiście Janek oraz jego cudowna koordynacja ruchowa na wpadnięciu nie poprzestały. Potknął się o wystającą kostkę brukową, przeleciał kilka metrów, po czym wylądował z twarzą w jakiejś porzuconej przy murze książce.

            - Mummy, mummy! – wydarło się jakieś psychiczne, angielskie dziecko. – What is it? – bardzo kulturalnie pokazało palcem wprost na Ryka.

            - It’s... – kobieta zawahała się przez chwilę. – It’s facebook, darlin’.

            Niestety, nie dane mu było dłużej przysłuchiwać się dyskusji Anglików, gdyż nad swoją głową, oprócz cudownych, soczystych przekleństw, usłyszał wypowiadane wkurzonym głosem zdanie:

            - Zepsułeś mi zdjęcie, debilu!

            Jan podniósł się do pozycji względnie pionowej i stanął oko w oko z niewiastą, o którą, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, przed chwilą się potknął.

            Niewiasta była dość niska, przynajmniej tak mu się wydawało (choć po kilku latach egzystencji na wysokości 190 centymetrów osiągnął pewien kompleks wyższości). Oprócz bladej cery oraz kilku powbijanych w różne miejsca twarzy kolczyków, nie zwracałaby zbytnio uwagi. Miała sfarbowany na czarno, misternie prostowany łeb, spod długiej grzywki wystawały...

            Okulary przeciwsłoneczne?!

            - Po co ci okulary? – rzucił, nie zastanawiając się zbytnio nad swoją wypowiedzią.

            - Zepsułeś mi dobre ujęcie! – warknęła w odpowiedzi, wykrzywiając usta.

            - No sorry, ale... nie moja wina!

            - A może moja? – burknęła znowu, oglądając ze wszystkich stron aparat.

            - No nie, ale...

            - A idźże – odwróciła się na pięcie, przy okazji zdzieliła go w ramię ciężką, wypchaną torbą z namalowanym białą farbą znakiem anarchii i mrucząc coś pod nosem oddaliła się w stronę przystanku autobusowego.

            Janek jeszcze chwilę stał, gapiąc się na dziwną dziewczynę, po czym pokręcił kilka razy głową, w celu pozbycia się natrętnych myśli, poszedł dalej.

            Jak zwykle przysiadł na murze, obserwując handlarki sprzedające tandetne podobizny smoka wawelskiego. W uszy wsadził słuchawki, maksymalnie podkręcił głos w telefonie, wsłuchiwał się w głos Chada Kroegera.

            - Jesteś idiotą.

            Zdziwiony obejrzał się, kto niespecjalnie podniesionym głosem przedarł się przez pokaźną ilość decybeli i prawie spadł w dół zbocza.

            Obok niego siedział duch.

            Ten sam błazen, którego po raz pierwszy spotkał w Nowy Rok.

            Błazen, który właśnie niezwykle kulturalnie dłubał sobie paznokciem w uchu.

            - Znowu mam zwidy – mruknął chłopak do siebie, przecierając oczy.

            - Mógłbyś przestać mi w końcu ubliżać – odparł oburzony duch. – Nie jestem twoją chorą wyobraźnią. I mam nadzieję, że nigdy nie będę. Nie chcę upaść tak nisko.

            - Kim ty właściwie jesteś?! – wrzasnął Janek, machając gwałtownie rękami.

            Nieopodal przystanęło to samo angielskie dziecko wraz ze swoją mamą, patrząc na niego dziwnie.

            - Mummy, what are this boy doing?

            - Honey… He’s talking with… with… - zacięła się kobieta. – With... air?

            - Oh, mum, can I talk with air too? – napaliło się dzieciątko, podskakując radośnie.

            - No! It’s only for Polish people...

            Błazen pokręcił z politowaniem głową, mrucząc coś bardzo nieprzychylnego o anglikanizmie.

            - Jestem Ciżemka, błazen króla Jana III Sobieskiego – skrzywił się na chwilę, przywołując niezbyt miłe wspomnienia.

            - Aha – brzmiała inteligentna odpowiedź Ryka.

            - Duchem jestem. W 1667 król kazał wbić mi to coś w głowę – machnął ręką w stronę wystającej z łba siekiery.

            - Dlaczego?

            - Moje żarty zaczęły go nudzić... No i to była nowa forma rozrywki – wzruszył ramionami.

            Wokół nich zaczął zbierać się co raz większy tłumek gapiów. W końcu nie na co dzień widzi się nastoletniego chłopaka żrącego bajgle i gadającego do powietrza.

            - Ale co ty tu robisz... tak teraz?

            - Kto to Perun wiesz? – widząc przeczące kręcenie głową, westchnął. – Mitologię słowiańską sobie poczytaj... W każdym bądź razie on kazał mi tu przyjść i znaleźć kogoś, żeby przekazać ostrzeżenie.

            - Ostrzeżenie przed czym?

            - A to już sam powinieneś wiedzieć – błazen łypnął półprzezroczystymi ślepiami.

            - Ale jestem idiotą i nie wiem.

            - To już nie mój problem – wyszczerzył pożółkłe, wyszczerbione zęby. – Niedługo będziesz potrzebował tego – Jan wolał nie wiedzieć, skąd duch wyciągnął pomiętą, pożółkłą kartkę z wypisanymi koślawym pismem słowami

 

Zgredźmin.

Kłomino

 

            - Co ja mam z tym zrobić? – zapytał chłopak, wpatrując się w arkusik papieru. Gdy od dłuższej chwili nie otrzymywał odpowiedzi, podniósł oczy.

            Błazen zniknął.

            - Dobrze się czujesz? – zapytał zamkowy strażnik, ostrożnie do niego podchodząc.

            - Tak, tak. Oczywiście – ze sztucznym uśmiechem wymalowanym na facjacie Janek wstał z murku, przeszedł przez przejście, które zrobił tłum gapiów rozstępujących się przed nim jak Morze Czerwone i pobiegł w kierunku Smoczej Jamy.

* * *

            W czasie, w którym potomek Ryków opowiadał niezwykle fascynujące perypetie swojego życia, w gospodzie „Pod wesołym knurem” mieszkańcy Michałowic knuli mroczne, szczwane plany dotyczące szybkiego i w miarę bezbolesnego (oczywiście dla nich) pozbycia się nieproszonego gościa.

            - A może by go tak gazrurką... – zaproponował w akcie desperacji Heniek, ujawniając swoje warszawsko – praskie korzenie.

            - To trochę niehumanitarnie – oburzyła się niepewnie Izabela. – Poza tym nie wypada. Z rurą na maga?!

            - Oj tam, oj tam – burknął. – Masz inne wyjście?

            - Yyy…

            - Właśnie.

            - Ona ma racje. Tak go nie załatwimy – mruknął Pawło, uchodzący za najmądrzejszego w tym towarzystwie, choć o to akurat trudno nie było. – Trza wymyślić coś szalbierskiego...

            - Jakiego?! – zdziwił się sam kwiat województwa małopolskiego.

            - Podstępnego – warknął załamany towarzystwem sołtys.

            - Było tak od razu...

            - Jakby tak na niego miśka nasłać? – myślał głośno Andrzej.

            - Skąd ty miśka weźmiesz?

            - Bo ja wiem? W zole, czy jak to gówno ze zwierzakami się zwie, podobno są.

            - Jak ty chcesz miśka z ZOO uwolnić?!

            Na to pytanie Andrzej niestety odpowiedzi nie znał, zasępił się więc, smutki próbując utopić w potężnej szklanicy gorzałki. Jedna szklanica nie wystarczyła. O dwóch w ogóle nie wspominając.

            Reszta michałowickiej ferajny urządziła tak zwaną burzę mózgów, choć burzyć się za bardzo nie miało co. W każdym bądź razie po godzinie obfitych rozmyślań, gdy wspólnymi siłami zdecydowanie odrzucono wynajęcie Van Helsinga, Czarnej Wołgi, wyssanie Zgredźminowi mózgu przez nos oraz zwyczajne zaciukanie wroga w nocy, w czasie snu, Pawło wpadł na pewien pomysł.

            - A jakby tak... a jakby Wiedźmę na niego nasłać?

            Towarzystwo zamilkło, częściowo powalone błyskotliwością sołtysa, częściowo zamroczone kolejnymi litrami nektaru bogów.

            - Pomysł jakiś zawsze...

            - No, ma on racje...

            - Sołtysem jest w końcu...

            - Coś ty, głupi?! – warknęła jedynie Izabela, niezbyt zachwycona pomysłowością Pawła.

            - Z szacunkiem do władzy! – burknął, szybko chowając się za pobliskim krzesłem. Nie, żeby kobiety się bał, toż to płeć słabowita. A Izabela jest jedynie wyjątkiem, który potwierdza regułę.

            - Zabobonem chcesz szczuć drugi zabobon?! – bulwersowała się dalej małżonka, świdrując przedstawiciela władzy lokalnej rozbieganymi oczkami.

            Mimo całej niechęci do jej osoby, Pawło w pewnym stopniu musiał przyznać jej rację. Jednej maszkary chce się pozbyć drugą.

            Choć z drugiej strony, to jedyny pomysł warty jakiegokolwiek rozpatrzenia.

            Ale i tu pojawiał się pewien problem.

            - Poza tym, skąd ty chcesz Wiedźmę wytrzasnąć w dwudziestym pierwszym wieku?! – zadała niewypowiedziane przez nikogo pytanie.

            Pawło cisnął w nią kilkoma piorunami z oczu, na co kobieta tylko prychnęła lekceważąco.

            - No jak to, skąd? – wyraźnie zdziwił się Heniek. – Z Krakowa, z salonu Wróżki.

            Sołtys zaczął poważnie zastanawiać się, czy aby na pewno mieszkańcy jego rodzinnej wsi nie byli zdolni do myślenia.

 

* * *

            - Ciekawe, ciekawe... – mruknął Zgredźmin, wysłuchawszy opowieści chłopaka. – Widziałeś jeszcze kiedyś tego błazna?

            - Raz, czy dwa, przelotnie na Wawelu – wzruszył ramionami.

            - Ale to nie koniec, prawda?

            - Tak. Od kiedy... od kiedy wpadłem na tę dziewczynę... ekhem. Dziwne sny mam. Znaczy... no... ona mi się śni – wyszeptał, wyraźnie zawstydzony.

            Zgredźmin teatralnie przewrócił oczami. Z bocznej kieszeni plecaka wyjął piersiówkę, pociągnął z niej zdrowy łyk.

            - Jakie sny? Morduje cię? Dusi? Wysysa mózg?

            Po ostatnim zdaniu Janek spojrzał na niego z wyraźnym przerażeniem wymalowanym w brązowych oczach.

            - Nu, różne sny się ludziom zdarzają – westchnął Zgredźmin. – A jeśli jest stwór, który przypuszczam... no cóż, nie są to sny przyjemne, czyż nie?

            - Zdecydowanie – skrzywił się.

            - Brakuje ci tchu. Jesteś w jaskini, albo lesie. Nie możesz się ruszyć. Wychodzi ona – mag nie zgadywał. Ze stoickim spokojem opisywał kolejne elementy snu. Z każdym słowem Ryk coraz bardziej wytrzeszczał oczy, przez co jego twarz, mimo dość poważnej sytuacji, przybrała dość groteskowy wygląd. – Oczywiście w okularach. W pewnym momencie zdejmuje je, patrzy na ciebie... teraz się budzisz, albo umierasz.

            - Skąd... skąd pan wie? – wykrztusił chłopak.

            Zignorował to pytanie.

            - Hm, wygląda na to, że moje przypuszczenia są dość trafne – mruknął do siebie. – Jutro zaczynasz szkołę, ta?

            Żałosne westchnięcie, które odruchowo wydobyło się z szesnastoletniej piersi było wystarczającą odpowiedzią.

            - To dobrze.

            - Polemizowałbym.

            - Będziesz obserwował dla mnie część Krakowa – z kieszeni płaszcza Zgredźmin wyciągnął mały, oprawiony w pękającą już skórę notes. Nakreślił w powietrzu kilkanaście linii, po czym pstryknął dwa razy palcami. Linie opadły, tworząc na pożółkłej mapie plan dzielnicy Stare Miasto.

            - Słowiańska, Pędzichów, Łobzowska. Później Floriańska, Grodzka i Podzamcze. Oczywiście Planty też. Twoja nowa trasa. Idziesz, obserwujesz, zapamiętujesz jak najwięcej szczegółów. Co dzień zdajesz mi relację. Szczególnie, jeśli zauważysz coś dziwnego. Rozumiesz?

            - Tak, ale co...

            - Na razie ci nie powiem. Sam zobaczysz, za jakiś tydzień. Po prostu muszę się dobrze przygotować.

            - To była aluzja, żebym sobie poszedł, tak?

            - Młody, a taki bystry... – wzruszył się Zgredźmin.

            Janek wstał, ociągając się zaczął iść w kierunku swojego domu.

            - Dobra, dobra, wróć – jęknął mag. – Co chcesz o mnie wiedzieć?

            Dwa razy nie musiał tego powtarzać. Nim zdążył mrugnąć, chłopak siedział już przed nim na trawie, patrząc wyczekująco.

            - Czy jest pan...

            - Skończ mi z tym panem!

            - Przepraszam – skulił się, na wszelki wypadek odrobinę odsunął. – Czy jesteś... Znaczy Wiedźmin...

            Zgredźmin prychnął.

            - Wiedźmin to tylko wymysł głupiego pisarzyny. Spotkałem go kiedyś, przeprowadzałem akt defenestracji na strzydze... – uśmiechnął się do swoich wspomnień. – A ekonomikowi zachciało się wrażeń. Wlazł ze mną na wieżę na Chojniku i dawaj wypytywać o szczegóły mojej roboty. A weź tu skleć normalne zdanie, kiedy szablozębna bestia próbuje zrobić sobie z ciebie przekąskę. W każdym bądź razie w końcu go walnąłem... oczywiście zupełnie niechcący... zaklęciem i od tego czasu ma pewne kłopoty z pamięcią – złośliwie wyszczerzył zęby.

            - Znaczy, że Wiedźmin...

            - Znaczy, że Wiedźmin to tak naprawdę Zgredźmin, tylko facetowi coś się we łbie poprzestawiało – powiedział mag. – Zresztą co za pomysł. Na Wiedźmy polować, też coś. Wiedźmy są nieszkodliwe dla ludzi! Po prostu czasem lubią zapolować na nietoperze, albo wyssać mózg jakiejś krowie... ale ludziom nic nie robią! Co innego zgredy – dodał po chwili wahania. – Małe gnomy z grzywkami na pół twarzy... Gorsze niż Bieber – wzdrygnął się na wspomnienie oglądanego jakiś czas temu wideo na popularnym jutjubie, które odtwarzał mu trzeźwy Wędrowycz.

            - Nie... to raczej niemożliwe.

            - A jednak. Co chcesz jeszcze wiedzieć?

            - Skąd się pan… to jest, skąd się wziąłeś? – poprawił się błyskawicznie Janek.

            Zgredźmin dłuższą chwilę przygotowywał w głowie odpowiedź.

            - Jeśli wierzyć Darwinowi, to od małpy.

            - Nie o to mi...

            - Wiem, wiem. W sumie to nie bardzo wiadomo. Legendy głoszą, że kiedyś jakiś alchemik coś stworzył... nie bardzo wiem, o co w tym chodziło... było coś o jakimś kogucim jaju i wodzie święconej...

            Przez najbliższą godzinę Jan siedział zasłuchany w opowieści maga, pełne smoków, wróżek, elfów i innych dziwnych stworów, których nazw nie mógł wymówić. Bajki były lepsze od najpiękniejszych baśni Andersena, ba! nawet babcia Irena nie mogła wymyślić nic lepszego.

            Chociaż nie.

            Babcia to jednak kreatywna bestia.

            - Dobra, dość tego – burknął Zgredźmin po pasjonującej opowieści o Abrakadabrze oraz Jednorożcach z Krainy Tęczy. – Idźże do domu... jutro idziesz tam... jak to się nazywa?

            - Szkoła – mruknął zachwycony tym faktem Jan.

            - A myślałem że ośrodek dla młodocianych recydywistów – zdziwił się mag. – Nieważne, jak zwał, tak zwał. Idźże, zdobywaj edukację, czy jak to coś, czego nie doświadczyłem się zowie!

* * *

            Następnego dnia rano Janek, ubrany w strój w pingwinich kolorach, radośnie wyskoczył z autobusu w Krakowie.

            No, niezupełnie.

            Następnego dnia, o barbarzyńskiej porze, kiedy słońce złośliwie szczerzyło się do niego promieniami, Janek wywlókł się z rozklekotanego autobusu na zdewastowanym przystanku, po czym wtopił w tłum nastoletnich, zmierzających do szkoły pingwinów.

            Szóste liceum imienia Adama Mickiewicza w Krakowie, przez uczniów, ze względu na wygląd, nazywane Hogwartem, powoli zapełniało się rozentuzjazmowanymi nowym rokiem szkolnym nastolatkami. Po dość krótkich, bo trwającym ledwie pół godziny przemówieniu dyrektora, Janek wraz ze swoją nową klasą powlókł się schodami w górę, do sali numer siedemnaście.

            - Witam was... – nauczyciel rozpoczął monolog monotonnym głosem. Siedzący w ostatniej ławce Ryk przysypiał, rozkoszując się promieniami wrześniowego słońca.

            Do czasu.

            Do klasy weszła ona.

            - Dzień dobry – rzuciła ochrypłym głosem do nauczyciela. – Przepraszam, ale się zgubiłam...

            - Siadaj i nie przeszkadzaj – odburknął wychowawca pierwszej „d”, wracając do ambitnej przemowy.

            Jan zagapił się na poznaną pół roku wcześniej dziewczynę, siedzącą w przyciemnianych okularach w drugim końcu sali. 

 

* * *

            Heniek wysiadł z PKSu w Zwierzyńcu. Powoli człapał w kierunku ulicy Mrówczanej. Z wrednym uśmiechem na ustach obserwował spieszące do szkół dzieci.

            - Eh, młodzież... – westchnął z rozrzewnieniem. Z gardła wyrwał mu się złośliwy rechot, który spłoszył kilka siedzących na pobliskich drzewach wron.

            Zaraz jednak jego humor zmienił się diametralnie, kiedy doszedł do rozwidlenia dróg. Z żalem opuścił zalany słońcem Poniedziałkowy Dół, kierując się w dół Mrówczanej.

            Mrówczana wyglądała gorzej niż niejedna znana Heńkowi melina, a tych w życiu naoglądał się wiele. Na ulicy śmierdziało, wszędzie walały się stare puszki, butelki, opakowania po fast foodach. W rozwalającym się śmietniku grzebał miejscowy menel, Maniek, podśpiewując pod nosem jakąś skoczną melodyjkę.

            - Heniek! – ucieszył się na jego widok. – Kopę lat!

            - Taa...

            - Skończyłeś wtedy tę podstawówkę? – dopytywał się szkolny kolega.

            - Gorzej ci? Aż tak nisko nie upadłem! – odparł Henryk z godnością. Po chwili odchrząknął, rozglądając się niepewnie. – Miejscowyś?

            - Ano – przytaknął Maniek.

            - To gdzie tu wiedźmy urzędują?

            Na zarośniętej twarzy Mańka wymalowało się wyraźne przerażenie.

            - Heniu... Heniu nie idź do niej! To zła kobieta jest!

            - Ze wsi mnie wysłali – odburknął. – To co mam zrobić? Pomóc muszę!

            - Heniu, nie! Ona lata na odkurzaczu, paktuje z diabłem i... Heniu! Ona jest... – zniżył głos do konspiracyjnego szeptu. – Ona jest po studiach!

            Heniek zawahał się chwilę. W sumie to z wykształciuchami lepiej nie zadzierać. Nie wiadomo, czym cię taki może zaciukać.

            Ale z drugiej strony lepszy magister niż Zgredźmin.

            - Trudno – odparł kumplowi. – Gdzie ona?

            - Heniu, ona cię nawróci! Będziesz chciał się uczyć! – wył dalej Mieczysław. – Pamiętasz Andrzeja? Tego, co tak opalać się lubił! Ona go zaczęła uczyć – splunął z obrzydzeniem. – I widziałeś w telewizorze, jak to się skończyło?

            Henryk przypomniał sobie jak przez mgłę obrady sejmu sprzed kilku lat.

            Wiedział, że skądś tego gościa kojarzył.

            - Maniuś, nie przejmuj się, ja się nie dam! – obiecał. – Ale Michałowicom pomoc potrzebna, kto, jak nie ja, jej udzieli? – otarł łzę.

            - Ostrzegałem cię, Henryczku! – zrezygnowany Maniek machnął ręką w stronę walącego się, drewnianego budynku. Na drzwiach ktoś czerwoną farbą (miał nadzieję, że to była czerwona farba) wymalował dziwne znaki.

            - Bóg z tobą! – usłyszał jeszcze wołanie kolegi, nim przekroczył próg jaskini lwa.

            Wszedł do długiego korytarza, kończącego się wejściem do jasno oświetlonego pokoju. Wytarł gumofilce o futrzasty dywan (dla własnego bezpieczeństwa wolał ich nie zdejmować) i niepewnym krokiem ruszył przed siebie.  

            - Yyyy... Dzieńbry – z ostatnich resztek mózgu Heńkowi udało się wygrzebać odpowiedni zwrot i wdrapać na wyżyny intelektualne. Ściągnął ze łba podziurawioną czapkę uszatkę.

            Odziana w czarną, skórzaną sukienkę, czerwone glany oraz podartą tiarę kobieta spojrzała na niego z wyraźnym zdziwieniem.

            - Monopolowy jest obok – stwierdziła w odpowiedzi, wracając do czytania magazynu „Ffruszka – poradnik  początkującej zołzy”.

            - Ale ja do yyy... do pani.

            - W celu? – odrzuciła gazetę gdzieś w kąt, z zainteresowaniem spoglądając na mężczyznę.

            - Bo... yy... Z Michałowic jestem. No i jako przedstawiciel większości nieintelektualistów naszej wsi mam panią... yy... popropo...

            - Hę? – spytała wiedźma, patrząc na plączącego się w zeznaniach Heńka.

            - Poroporopo... P-O-P-R-O-S-I-Ć – wysłowił się w końcu. Wierzchem dłoni wytarł spływającą z czoła strużkę potu.

            - O co? – kobieta zdecydowanie nie miała ochoty na granie w głupie, pseudo uprzejme gierki.

            - W naszej wiosce, która od wielu lat cieszy się doskonałą sławą... – z trudem, bo z trudem, ale jednak udawało mu się sklejać koślawe, napisane przez Izabelę literki - ... pojawił się begonio... nie, jejo...

            - Jegomość – podpowiedziała zniecierpliwiona kobieta.

            - Właśnie! Pojawił się jegomość niemile widziany. Uprzejmie prosimy o jego utylizację. Ludność wsi Michałowice.

            Czarownica spojrzała na niego wzrokiem dziwnym.

            - A o kogo konkretnie chodzi? Jakiś inkwizytor, urzędas z KRUSu? Zawsze myślałam, że wy na tych wsiach takich zżeracie...

            - O Zgredźmina.

            Nareszcie w oczach kobiety błysnęło coś na kształt zainteresowania.

            - Zgredźmin jest u was? – zapytała, wyraźnie podekscytowana. – No to muszę się do was wybrać!

            - Tego... dziękujemy za pomoc... czy cuś... – wystękał, wspinając się na wyżyny elokwencji.

            Wiedźma prychnęła.

            - Gorzej ci, człowieku? Ja go nie mam zamiaru unicestwiać! Toż to mój kolega ze szkoły! Pamiętam, jak jeszcze krakowska gildia istniała... zanim popaprańcy z królewskiego otoczenia ją na zamek królewski przerobili. Idioci. Stawiać zamek na miejscu sabatu czarownic... – prychnęła.

            - To... nam nie pomożeeee... pani? – wyjąkał Heniek, ze smutkiem wymalowanym w wielkich ślepiach.

            - Zgredźmin to nieszkodliwa bestyjka. Przynajmniej dla was na razie nie jest szkodliwa. Chyba, że jakieś demony chowacie pod łóżkami. No cóż. To wszystko, czego ode mnie chciałeś?

            O dziwo, Henryk zrozumiał aluzję.

            - ...nia – burknął na pożegnanie, trzaskając drzwiami, które natychmiast wyleciały z zawiasów. – Przepraszam! – wrzasnął od razu, osadzając wrota na należytych miejscach. – Wypadek!

            Szybkim krokiem poczłapał w stronę Poniedziałkowego Dołu.

            - H-h-henryk? – wystękał Maniek na widok wyłaniającego się z otchłani kumpla. – Ty żyjesz?!

            - Taa – potwierdził. Obejrzał się w kałuży. Te same porozciągane ciuchy z michałowickiego bazarku, gumofilce, czapka. Skóra też całkiem normalna, pomarszczona, odrobinę brudna, jak zwykle. – I nie czuję się jakoś wyedukowany.

            - O nie – jęknął Mieczysław. – Skąd ty znasz takie słowa?!

            Henryk spojrzał na niego z przerażeniem. 

           

* * *

            - Więc mówisz, że ta sama dziewczyna, która wtedy zjechała cię pod Wawelem, chodzi z tobą do klasy?

            Janek pokiwał żarliwie głową.

            - Niedobrze – mruknął Zgredźmin. – Trzeba będzie działać szybciej, niż przypuszczałem.

            - Dlaczego?

            - To przed nią ostrzegał cię błazen.

            - Duch ostrzegał mnie przed dziką hot – słit – Emo szesnastką? – upewnił się.

            - Owszem.

            Skwitował to krótkim, acz treściwym:

 - Aha.

- Młodyś, nie znasz się na stworach wszelakich, więc się nie odzywaj – odburknął mag, grzebiąc w swoim przepastnym plecaku. Po chwili wyciągnął z niego duży słoik wypełnionym różową, glutowatą mazią.

- Co to? – Ryk dał upust wrodzonej ciekawości.

- Wywar. Jak żem jeszcze studiował w Gildii w Krakowie...

- W Krakowie jest Gildia?! – zdziwił się chłopak.

- Już nie. Była jakieś tysiąc lat temu. Gildia imienia świętego Kwadratu z Aten. Teraz tam Wawel stoi.

Taktownie przemilczał cisnący się na usta komentarz połączony ze zdziwionym okrzykiem.

- Dobra, młody, słuchaj uważnie. Dwa razy powtarzać mnie się nie chce. Zrobim tak...

* * *

            - Siema! – zawołał Janek, szczerząc się do swojej klasy siedzącej pod salą fizyczną.

            Odpowiedziało mu kilka niewyraźnych mruknięć.

            - Ej no, więcej optymizmu! – zaoponował.

            - Nie każdy jest takim świrem jak ty – warknęła złowrogo dziewczyna, odrzucając grzywkę z oczu. Oczywiście przysłoniętych okularami. Jan odruchowo odsunął się, kiedy przechodziła koło niego. – Debil.

            - O co ci chodzi, dziewczynko? – wygrzebał resztki odwagi, które natychmiast wyparowały, kiedy odwróciła się w jego stronę.

            - Działasz mi na nerwy, chłopczyku – wycedziła przez zaciśnięte zęby.

            - Niby dlaczego?

            - Bo albowiem ponieważ gdyż – burknęła. – Ale nie bój żaby. Niedługo już nie będziesz mnie denerwował.

            Albo Rykowi się coś wydawało...

            ... albo zabrzmiało to dość złowrogo.

 

 * * *

            - Dobra. Czekasz na mnie na rogu Miodowej z Siedlecką... – przypominał po raz kolejny Zgredźmin, w przeddzień czegoś, co nazywał Akcją Pseudo Bazyliszkową.

            - Tak, tak – Janek przewrócił oczami. – Potem wchodzę na cmentarz od strony Daszyńskiego, ustawiam się przy jednym z grobów z wiadrem wody i czekam. W tym czasie ty wchodzisz od strony Miodowej i zaczajasz się na Klaudię – wzdrygnął się na wspomnienie chodzącej z nim do klasy dziewczyny.

            - A potem robimy apokalipsę! – mag wyszczerzył żółte zęby.

            - Ale po co mi to wiadro z wodą? – dopytywał się Ryk.

            - To nie będzie zwykła woda.

            - Hę?

            - To będzie tak zwana H2O święcona. Jak dam ci znak, to wylejesz ją pod nogi twojej koleżance.

            - To nie jest moja koleżanka – burknął. – Co najwyżej znajoma ze szkoły.

            - Zwał, jak zwał. Wylejesz i zaczniesz uciekać.

            - Dlaczego?

            - Życie ci niemiłe? Znaczy możesz zostać. O ile chcesz mieć o kilka kończyn mniej... no i stały uraz psychiczny...

            - Dobra, dobra.

            - Nie spóźnij się – zawołał Zgredźmin, odchodząc w stronę założonego kilka dni temu obozowiska.

* * *

            Równo o piętnastej Janek dobiegł na róg Miodowej. Zziajany przystanął, rozglądając się za magiem.

            - Spóźniłeś się dwadzieścia cztery sekundy – warknął mag, wyłaniając się zza drzewa.

            Ryka wmurowało w chodnik.

            Zgredźmin miał na sobie coś. Coś zdecydowanie za bardzo puchatego, za bardzo różowego i za bardzo odsłaniającego zgredźminowskie ciało.

            - Nie komentuj! – zawołał widząc, że chłopak otwiera usta. – Masz to – wepchnął mu w rękę metalowy kubeł pełen wody. – I won mnie na stanowisko!

            Bez słowa sprzeciwu pobiegł w kierunku wejścia na cmentarz żydowski. Skręcił gwałtownie, omijając ongiś spotkaną angielską matkę z dzieckiem, chlusnął częścią zawartości wiadra na kwiatki, które dziwnym trafem od razu zaczęły więdnąć. Nie przejmując się tym zbytnio wbiegł na teren cmentarza, po czym schował się za pobliskim pomnikiem.

            Teraz dopiero zaczynał widzieć poważną lukę w genialnym planie Zgredźmina.

            W sumie to nie mieli pewności, że Klaudia tu przyjdzie.

            Nie, żeby Janek wątpił w zdolności wielkiego maga. Po prostu normalne nastolatki w piątkowe popołudnia na cmentarze żydowskie raczej nie chodzą.

            Z drugiej strony dziewczyna raczej do normalnych nie należała.

            Ale bez przesady.

            Poza tym miał na nią wylać wiadro święconej wody na znak Zgredźmina. Był tylko jeden mały kłopot – nie za bardzo wiedział, jaki to ma być znak. Musiał zdać się na swoją intuicję oraz inteligencję, co nie wróżyło niczego dobrego.

            Westchnął kilkakrotnie żałując, że w ogóle napisał do tego faceta. Gdyby nie on, aktualnie dreptałby sobie spokojnie do klubu Loch Ness, na kolejny sezonowy koncert zespołu Włochaty Odkurzacz, tańczył pogo i podrywał dziewczyny oblegające skórzane kanapy.

            A teraz?

            Siedział skulony za rozwalającym się pomnikiem na cmentarzu, z kubłem poświęconej wody i czekał niewiadomo na co. Pewnie narzekałby tak sobie dalej...

            ... gdyby nie Klaudia, właśnie wchodząca na teren kazimierzowskiego cmentarza.

            Znaczy jednak Zgredźmin nie jest taki głupi na jakiego wygląda.

            Dziewczyna pokręciła się chwilę po cmentarnych alejkach, aż wreszcie rzuciła torbę w trawę, z tylnej kieszeni spodni wyciągnęła wygięty w różnych dziwnych kierunkach kawałek patyka. Na ziemi nakreśliła trzy trójkąty, połączyła je ze sobą obręczą koła. Z torby wyciągnęła pudełko z jakimś proszkiem, którym posypała narysowane symbole. Zapłonął zielonkawy ogień.

            Z ust Klaudii wyrwał się dość podejrzany charchot, po czym upadła, trzęsąc się na ziemi.

            Spod niej wylazł kret.

            A raczej kilkumetrowe stworzenie, przypominające zmutowanie krata z jakimś robalem. Dość obrzydliwe połączenie.

            - Nareszcie – zabulgotał stwór. – Po dwóch tysiącach lat czas na... APOKALYPTKJK... ekhem... – odchrząknął. – APOKALIPSĘ! BUAHAHAHAHAHA.

            W tym momencie z cienia drzew wyłonił się Zgredźmin, w ręku ściskając idealnie pasującą do stroju plastikową spluwę na wodę. Podszedł na dość niebezpieczną odległość do kreto-robala, na ziemi postawił słój z różowymi glutami. Naładował pistolet zawartością pojemnika i wycelował.

            - E, ty!

            Stwór westchnął.

            - Zgredźmin! Ty jeszcze żyjesz?! – wyraźnie się oburzył. – Przecież minęło już kilka wieków, od kiedy ostatni raz chciałem rozpętać apokalipsę!

            - Jam zawsze czujny – mag skłonił się nisko, jednak ani oczu, ani lufy pistoletu nie spuszczał z monstrum. Jednocześnie jakby unikał jego wzroku.

            - Czy to jest to, o czym myślę? – zapytała przedziwna istota, wskazując na słoik.

            - Owszem. Woda z mydłem.

            - Niee! – zawył potwór.

            - I z... – złowrogo zawiesił głos – domestosem.

            Stwór próbował się cofnąć, ale krąg zielonych płomieni wyraźnie go ograniczał. Zaczął dmuchać na ogień, w celu ugaszenia.

            W tym momencie Zgredźmin począł dziko tańczyć, przeskakując z nogi na nogę, machając rękami. Dodatkowo mrugał oczami w stronę przyczajonego za wielkim krzyżem Janka, aczkolwiek chłopak nie za bardzo się tym przejmował, wlepiając brązowe ślepia w stojące przed nim monstrum.

            - RYK! – ryknął w końcu mag, zwracając na siebie uwagę Jaśka. – Lejże tą wodę! Ale nie patrz mu w oczy!

            Chłopak posłusznie wziął wiadro i chlupnął zawartością w odnóża bestii. Ta zawyła przeciągle, w miejscach, w które uderzyła woda, było widać czarny dym. Dodatkowo śmierdziało spalenizną.

            Po chwili stwór został pozbawiony kończyn dolny. Niby jakieś pocieszenie, ale zostawały jeszcze dwie przednie kopary oraz robali ryj.

            Jednak potwór wyglądał dość żałośnie.

            - Zgredźminku... – zaczął jęczeć, w miarę możliwości przysuwając się do maga. – Zgredźminku mój kochany...

            - Nie.

            - Ale taka mała apokalipsika. Tylko kilkaset milionów trupów. Nie musi być w waszym cudownym kraju, ale... O, Niemcy będą dobre. W końcu Grunwald... trza kontynuować tradycję!

            Zgredźmin wyraźnie się zawahał. W sumie to kilku tamtych mocno zalazło mu za skórę w ciągu ostatnich kilkuset lat. Poza tym... no cóż, szwaby. Więc może...

            Otrząsnął się.

            - Won mnie stąd, maszkaro!

            I strzelił różowym glutem.

            Stwór wrzasnął przeraźliwie kilka razy i znikł.

            Po prostu.

            Został po nim kłąb ciemnego dymu, płonąca się na zielono ziemia oraz leżąca na niej Klaudia.

            Zgredźmin podszedł do Jaśka, wciąż sterczącego za pomnikiem.

            - Żyjesz?

            - Żyję, żyję – ocknął się chłopak. – Co to było?

            - Wij. Prasłowiański stwór o morderczym spojrzeniu. Tylko, skubany, zmutował się z jakimś innym potworem i wyszło takie niedorobione coś. Świat schodzi na psy, widocznie demony tyż – zarechotał.

            Dziewczyna powoli zaczynała powracać do świata żywych. Podniosła się z ziemi, otrzepując. Ściągnęła z nosa przyciemniane okulary, patrząc na nie ze zdziwieniem.

            Dopiero teraz dostrzegła Janka.

            - Ty – warknęła, szybkim krokiem podchodząc w jego stronę. Po drodze podniosła leżący konar.

            Potężny konar.

            - Zepsułeś. Mi. Zdjęcie – wycedziła.

            Ryk, nie do końca świadom tego, co robi, powoli wycofywał się w stronę wyjścia z cmentarza.

            - To nie była moja wina! – zaperzył się od razu.

            - Może moja?

            Wpadł na kogoś. Obrócił się, ze zdziwieniem patrząc na stojącą za nim kobietę w tiarze.

            - No nie! Zepsułeś mi całą zabawę! – wrzasnęła w stronę Zgredźmina. – A ty mu pomogłeś!

            Janek miał coś powiedzieć, ale nie zdążył.

            Poczuł uderzenie w tył czaszki i zarył twarzą w glebę.

            - Mummy... Is it soilbook?

            - Yes, honey, of course.

             

* * *

            - Jak to nam nie pomoże?! – jęknął Pawło, usiłując powstrzymać atak paniki.

            - Normalnie. Zanim TO się stało, Henryk powiedział, że to był jej kolega z tej potwornej instytucji – odparł Andrzej.

            - Widzisz, cożeś narobił? – warknęła Izabela, patrząc na sołtysa z mordem w oczach. – Nie dość, żeśmy nic nie zyskali, to jeszcześmy Heńka stracili!

            Alek zapłakał rzewnie. Wszyscy jak jeden mąż odwrócili się, żeby spojrzeć na ich byłego kumpla, który właśnie siedział w kącie gospody „Pod wesołym knurem” i...

            Tak, stało się.

            Czytał książkę.

            Żeby to chociaż poradnik, jak się pozbyć robactwa z grządek był. Ale nie.

            Henryk czytał „Zemstę” i zaśmiewał się przy tym do łez.

            - Heniek zginął w słusznej sprawie – zaczął przemowę Paweł. – To jest wojna, na wojnie ofiary być muszą! Nigdy o nim nie zapomnimy!

            - Chyba, że pójdzie na studia – wtrącił się Andrzej.

            Sołtys zgromił go wzrokiem.

            - Bądźmy dobrej myśli, może jeszcze nie wszystko stracone. Musimy się pozbyć wroga, wtedy odzyskamy kumpla!

            - Tajes! – zawył chór dzielnych żołnierzy, czyli Andrzeja i Alka.

            - Raz na zawsze wypędzimy Zgredźmina z naszych kochany Michałowic!

            - Tajes!

            - Przywrócimy tu spokój i porządek!

            - Tajes!

            - A zatem do boju! – ryknął Pawło.

            - Hę? – brzmiała inteligentna odpowiedź ze strony Alka.

            Sołtys wywrócił oczami.

            - Idziem się bić!

            - Tajes!

            Chwycili narzędzia, które mieli pod ręką, to jest złamany kawałek nogi dębowego stołu, widły oraz pustą, szklaną butelkę, szybkim ruchem przerobioną na tulipana.

            Przed wyjściem z gospody sołtys zdołał jeszcze usłyszeć pomruk Izabeli:

            - Zanim do niego pójdziecie, on już będzie daleko stąd.

 

* * *

            - Gdzie... gdzie ja jestem? – wystękał Janek, podnosząc się do pozycji siedzącej. Zaczął rozmasowywać sobie ręką obolałą czaszkę.

            - W swojej rodzinnej wsi – wyszczerzył się Zgredźmin, zarzucając plecak na ramię. – Niezłą krzepę ma ta dziołcha.

            - Podła kobieta – jęknął Ryk.

            - Co ty chcesz, dobra baba. Ale w dobrym momencie żeś się obudził. Właśnie miałem się zbierać.

            - Gdzie?

            - Do domu, a gdzie? – zdziwił się mag.

            - Już?

            - Noż rozpuściłem wija, zadanie wykonane, komu w drogę, temu adidasy.

            - Szkoda.

            -Dobra, dobra. Coś mam dziwne wrażenie, że się jeszcze zobaczymy – uśmiechnął się złośliwie. Pomachał Jankowi na pożegnanie i oddalił się niespiesznym krokiem.

            Po chwili chłopak też podniósł się z trawy, otrzepał się, ruszył drogą w stronę domu. W połowie drogi spotkał swojego ojca z widłami oraz dwóch jego dziwnych kolegów z innymi narzędziami zbrodni. Za nimi wlokła się mama, przewracając oczami z każdym wojennym okrzykiem.

            - Gdzie to jest, synu marnotrawny?! – wydarł się sołtys na przywitanie pierworodnego.

            - Ale co?

            - Nie udawaj durnia! Nie musisz udawać... Gdzie Zgredźmin?!

            - Do domu poszedł – chłopak wzruszył ramionami.

            - Jak to? – zdziwił się Andrzej płaczliwym głosem.

            - No zrobił, co miał zrobić i wrócił do siebie.

            Ryk wyminął zaskoczonego ojca z kumplami, idąc dalej w stronę domu.

            - A nie mówiłam? – zapytała Izabela wyjątkowo denerwującym tonem, którego używała, kiedy chciała udowodnić, że zawsze ma rację.

            Czyli praktycznie przez cały czas.

            Pawło stwierdził, że kobiet już chyba nigdy nie polubi. 

 
 
 

Kawa

            Na Rynku Głównym w Krakowie jak zwykle było tłoczno.

            Ludzie biegiem przemierzali Sukiennice, przeciskając się przez tłumy turystów, stojących na środku i z otwartymi ustami gapiącymi się na pamiątki.  Wejście z jednej strony zatarasowane było przez grupę Japończyków, starannie dokumentujących na milionach fotografii każdy odcinek wieńczącego sklepienie łuku. Matka z kilkumiesięcznym dzieckiem w wózku, szczebiocząc coś radośnie, co parę sekund ukradkiem spoglądała na zegarek, w myślach planując krwawą zemstę na małżonku, który spóźniał się już TRZYDZIEŚCI DWIE SEKUNDY, co zasługiwało przynajmniej na łamanie kołem. Młody chłopak w obcisłych spodniach, rozpadających się trampkach, koszulką z wizerunkiem ludzi, których rodzice zazwyczaj każą się wystrzegać, z butelką taniego trunku w ręku krzykiem „No future, no future, no future!” zagłuszył hejnalistę, po raz tysięczny w swoim życiu wygrywającego jednolitą, urywaną w odpowiednim momencie melodię. Kobieta z wypakowanymi zakupami torbami szybko przeglądała w głowie zawartość portfela, planując, co ugotować piątce dzie… W sumie to szóstce, mąż też do dzieci się zaliczał… na obiad. Mocno wymalowana nastolatka łypała z pożądaniem na grupę napakowanych przedstawicieli pewnej specyficznej subkultury, którzy, nie zwracając na nią uwagi, podziwiali trzeci pasek na nowo nabytych dresach. Utykająca staruszka, mocno miętosząc w powykręcanych reumatyzmem dłoniach wypchaną świeżym pieczywem torbę, złorzecząc pod nosem na dzisiejszą młodzież, która nie miała za grosz szacunku dla ludzi starszych. Ze złością odepchnęła od siebie zarośniętego, odrobinę miśkowatego jegomościa w glanach, który zaoferował pomoc w dźwiganiu zakupów. Facet z teczką trochę krwawił, jednak dzielnie brnął ku ławce, na której wypalająca szluga za szlugiem dziewczyna właśnie zaczynała się rozbierać. Wystrojony w garnitur mężczyzna ze skórzaną aktówką w ręku przepychał się łokciami przez grupę turystów słuchających z ust znudzonego przewodnika historii Kościoła Mariackiego, prowadząc jednocześnie przez telefon niezwykle ważną rozmowę biznesową, która nie dotyczyła  problemu głodu na świecie, coraz większej ilości zachorowań na raka, zwiększonej inflacji czy długu publicznego – był jednak przekonany, że bez utargowania odpowiedniej kwoty w ramach następnego przetargu umrze, zginie, zacznie wąchać kwiaty od spodu, a zamiast na Malediwy przejedzie się stylowo czarnym samochodem, przykryty wieńcem z napisem „Ostatnie pożegnanie”. Kobieta w nienagannym makijażu, lustrując wzrokiem potencjalne ofiary, poprawiała misternie upinane włosy, dobrze wiedząc, że za kilka godzin fryzura i tak będzie zniweczona przez starszego mężczyznę czytającego książkę, chłopaka bez koszulki rozdającego ulotki, albo tego robiącego zdjęcia gołębiom na klonie, albo o, tego obok, który uparcie próbował wyłowić coś z kieszeni, albo…

            Wśród tłumu szedł mężczyzna. Nie wyróżniał się niczym szczególnym; no, może był nieco wyższy, może miał nietypowe rysy twarzy, może poruszał się z wyjątkową, niespotykaną gracją, może był zbyt podobny do cienia, niż do zwykłego człowieka… Nie to jednak sprawiało, że był  I N N Y.

            Na jego twarzy malował się niezmącony niczym, przerażający w swojej prostocie spokój. Łagodnie wygiął usta w półironicznym uśmiechu, w zimnych, stalowych oczach czaiły się iście szatańskie błyski.

            Usiadł na jednym z wiklinowych foteli kawiarni Pod Dwoma Smokami, wystawił twarz do słońca. Po chwili uśmiechnął się szarmancko do młodej kelnerki, żującej ze znudzeniem balonową gumę, obserwował uważnie, jak skrobie w notesie jego zamówienie. Nie musiał czekać długo. Niecałe pięć minut później ujął delikatnie w dwa palce ucho malowanej w niebieskie, kwiatowe wzory filiżanki i podnosząc ją do twarzy, wciągnął w nozdrza ciężki aromat, pierwszy łyk rozpłynął się po podniebieniu.

            Kawa.

            Był to jedyny powód, dla którego szkoda mu było Ziemi. Ta hodowana w piekle od zawsze miała posmak siarki – dość subtelny, jednak niweczył cały bukiet. Zresztą… Mielenie ziaren przez grzeszników też nie było dobrym pomysłem – ludzie, nawet ci martwi, pozostawali mściwi i złośliwi. Co dziwne, po śmierci jakby im się pogarszało… O ile to w ogóle możliwe.

            A kawa miała na niego zbawienny wpływ.

            Zakładając, że władca piekieł mógł zostać kiedykolwiek zbawiony.

            Zmrużył oczy; źrenice, przyzwyczajone do blasku ognia, nie promieni słonecznych, zbyt szybko się męczyły. Spod półprzymkniętych powiek mógł jednak spokojnie patrzeć na ludzi, którzy, żyjąc w ciągłym pośpiechu, nie zdawali sobie sprawy z tego, co nastąpi za kilka minut.

            Majowie się pomylili. Niewiele, ale zawsze.

            Albowiem końca świata 21 grudnia Anno Domini 2012 nie było. Świat nie zginął, nie utonął, nie spaliły go ognie piekielne, nie został pochłonięty zarazą w postaci nieczytających książek ludzi… No, to ostatnie nieomal nastąpiło, na szczęście istniało jeszcze kilkoro wyjątków, którzy nie poddali się modzie na bycie idiotą. Nieważne. Ich istnienie miało się skończyć już wkrótce.

            Mężczyzna wyciągnął z kieszeni zegarek, przytroczony złotym łańcuszkiem do marynarki. Otworzył go.

            Jeszcze 10, 9, 8, 7…

            Końca świata w roku pańskim 2012 nie było. Pan Ciemności, Król Umarłych,  Ojciec Zła, Hades, Arawn, Surtr, Belzebub, Lucyfer, czy jak inaczej go zwano, zaspał, przygotowania antyświąteczne nie pozwoliły mu odpowiednio celebrować apokalipsę. Dlatego też koniec świata miał nastąpić 7 lipca Anno Domini… Czy raczej Anno Diaboli 2013, o godzinie 13 minut 22…

            Teraz.

            Lucyfer spokojnym ruchem zatrzasnął zegarek, chowając go z powrotem do kieszeni szarej marynarki. Z ogromną ulgą zerwał z twarzy maskę udawanego człowieczeństwa, pstryknięciem palców przywołał do siebie widły. Patrząc, jak skorupa ziemska pęka, zastępy diabłów, ku przerażeniu ludzi, zaczynają opanowywać Ziemię, czterech jeźdźców na czterech koniach, przy muzyce płynącej z siedmiu trąb siedmiu napakowanych Aniołów, zstąpiło z nieba, a tętent kopyt odbił się głuchym echem po starych kamienicach, wolno sączył kawę. Gorzki smak rozlewał się w jego ustach, przywołując na twarz triumfalny uśmiech. Nie spieszył się. Po co?

            Kawa smakuje najlepiej w chwili końca świata.

 

* * * * *
 
 
 
* * * * * * *
 
 
 
 
Kasia Wócik przez trzy lata pomagała dokumentować życie szkoły, jej zdjęcia zobaczycie w relacjach z wielu imprez.

W linku poniżej kilka tatrzańskich impresji z 2009 roku.

 
http://gimbelsk.republika.pl/wocik_impresje.htm

 

 
 

 

Strona tytułowa