Konkurs biblioteczny
"Podwodny świat"
 

Uczennica kl. III Publicznego Gimnazjum im. ks. Zdzisława Jastrzębiec Peszkowskiego w Belsku Dużym  – Justyna Jasiorowska już wielokrotnie udowodniła, że jej zainteresowania są wszechstronne. Tym razem spróbowała swoich sił  w konkursie bibliotecznym organizowanym przez Wydawnictwo Nasza Księgarnia.

Konkurs przeznaczony był dla uczniów szkół podstawowych i gimnazjum z terenu całej Polski.  Konkurs związany był z książką "Podwodny Świat. Mroczny Dar"  autorstwa Kat Falls. Zadanie konkursowe brzmiało: Cień- przestępca czy ofiara? Opisz historię tego bohatera.  W konkursie wzięło udział około 300 uczniów z całej Polski. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpiło 12 listopada bieżącego roku . Jury wyłoniło troje zwycięzców.  Zdobywając wyróżnienie Justyna  udowodniła, że również i w tej dziedzinie jest świetna. W nagrodę otrzymała aparat fotograficzny OLYMPUS mju Tough, a biblioteka szkolna książki o wartości 3000 zł. Opiekę merytoryczną nad Justyną sprawowała Natalia Nowacka, nauczyciel- bibliotekarz.

Gratulujemy Justynie wybitnych osiągnięć. Życzymy powodzenia w kolejnych zmaganiach konkursowych, tym bardziej, że uczennica godnie reprezentuje naszą szkołę i bierze udział w wielu konkursach.

Wszelkie informacje o konkursie i lista zwycięzców znajdują się na stronie internetowej Wydawnictwo Nasza Księgarnia -  http://nk.com.pl/zwyciezcy-konkursu-bibliotecznego-podwodny-swiat/638/wydarzenie.html

 

Natalia Nowacka

nauczyciel- bibliotekarz

 
 

 

Dla mnie jutro jest tym, co przeżyłaś wczoraj.

Anachron umawia się na randkę

z dziewczyną, która po prostu chce być szczęśliwa.

 

            Laura jest niespokojna, lecz podekscytowana, wciąż przygląda się wszystkiemu, co zauważa kątem oka. Ma na sobie sukienkę w stylu Marylin Monroe i naszyjnik z zawieszką w kształcie malutkiego, mocno zniekształconego króliczego szkieletu. Jej nogi nerwowo poruszają się pod stolikiem. Co kilka sekund zerka na Marka, który nie odezwał się ani słowem od kiedy zajęła miejsce naprzeciwko niego. To już prawie trzy minuty.

            Wreszcie kelner przynosi im menu i Laura może zasłonić się kartą, powoli studiując wszystkie pozycje. Z każdą stroną ma coraz większe problemy z utrzymaniem milczenia i skoncentrowaniem się na czytaniu, czuje na sobie jego wzrok. Wreszcie kładzie kartę na stół i odważnie patrzy prosto w oczy mężczyzny.

            – Co? – pyta Marek, udając że przed momentem został oderwany od menu.

            – Przyglądałeś mi się – odpowiada Laura, po czym odgarnia kosmyk słomkowych włosów, który wpadł jej do oczu.

            – Po prostu... - waha się Marek, po czym wypala: – Po prostu cieszyłem się chwilą. Znasz to uczucie, gdy wiesz, że coś nadciąga i już lata wcześniej znasz dokładny dzień i godzinę tego zdarzenia? A potem to się wydarza i jedyne, o czym możesz myśleć, to jak szybko ta chwila przeminie...

            Laura kręci głową. Wolno, jakby cały jej umysł absorbowało analizowanie słów Marka. Wreszcie porusza bezgłośnie ustami. Dopiero po chwili z jej krtani dobywa się głos, zaskakująco spokojny jak na kogoś, kto ma na twarzy wymalowane czyste zdumienie.

            – Miałam tak w osiemnaste urodziny. Ale nie sądzę, żeby o coś takiego ci chodziło.

            Marek uśmiecha się delikatnie i wraca do czytania menu. Laura nie ma mu za złe, że nie pociągnął tematu. Kiedy składają zamówienie, już właściwie nie pamięta, co jej powiedział. A on cały czas ją obserwuje. Wie, że za tydzień znajdzie jej włos na swojej poduszce, a ją samą w jego kuchni, pijącą kawę z jego kubka. To jedno z ulubionych wspomnień Marka. Długo czekał na dzień,w którym dowie się, jak wyglądała pierwsza randka z Laurą. Rozmawiają; ona mało mówi o sobie, ale on i tak wie o niej niemal wszystko, sama mu to opowie za miesiąc. Póki co jest bardziej skupiona na referowaniu życiorysu jakiegoś chińskiego pisarza, którego książki tłumaczą na pięćdziesiąt dwa języki. Marek jedynie uśmiecha się i przytakuje. Wie, że za trzy lata ten chiński pisarz będzie prosił o azyl polityczny w Królestwie Gruzji. Świat, który pamiętał Marek w pewnych szczegółach różnił się od obecnego; był przyszłością. Jedna rzecz nigdy nie zmieni się na pewno: mieszanie się artystów w politykę zawsze będzie kończyło się tragedią.

            – Zwykle nie całuję się na pierwszej randce – mówi Laura trzy godziny potem, kiedy idą wałem. Nie trzymają się za ręce i Marek wie, że nigdy nie będą tego robić.

            – Dla mnie to nasza ostatnia randka – odpowiada mężczyzna, zawieszając wzrok na rzece, której powierzchnię burzyły co silniejsze podmuchy wiosennego wiatru. – Bo widzisz, ja jestem anachronem.

            Laura zatrzymuje się gwałtownie, okruchy rozbitej butelki trzeszczą pod jej obcasami, czerwienieje na twarzy, a w jej głosie brzmi oburzenie:

            – To znaczy, że umawiasz się z dziewczynami tylko po to, żeby zrujnować im plany na przyszłość?

            – Miałaś już jakieś plany wobec mnie?

            Stara się udawać rozbawionego. Zwykle przewaga, jaką ma nad innymi ludźmi, bawi go, bo jest na z góry wygranej pozycji. Nie tym razem. Nie wobec Laury. Jej pytania uświadamiają mu, jak cudowny okres jego życia właśnie się kończy. Dla niej zaczyna.

            – Wobec siebie – wyjaśnia. – Chcę tylko być szczęśliwa, miałam nadzieję, że będę szczęśliwa akurat z tobą. Jak z...

            – Ośmioma innymi facetami wcześniej – kończy Marek. – Będziesz ze mną szczęśliwa przez całe sześć miesięcy i trzy dni. Rozstaniemy się na starym mieście, ja zepsuję ci rower i złamię sobie lewą rękę. A ty nie będziesz potem wysyłać mi kartek na święta, bo nigdy tego nie robisz. Jestem anachronem, żyję odwrotnie niż ty. Urodziłem się w wieku sześćdziesięciu pięciu lat cztery ulice stąd, pod kołami pociągu. Teraz mam trzydzieści jeden lat, wiem, że nigdy się nie ożenię. Po tym, jak się rozstaniemy, będę się spotykał jeszcze z kilkoma kobietami, ale wszystkie zostawię po jakimś miesiącu. Kiedy to sobie uświadomię, rzucę się w wir pracy, w pewnych kręgach będzie o mnie głośno... To już mało interesujące, prawda? Z nowinek mam tylko to, że świat wcale nie skończy się przed moimi narodzinami, człowiek nie podbije kosmosu, a ufoludki do nas nie oddzwonią kosmicznym telefonem, za to granice Bliskiego Wschodu ulegną nieznacznym modyfikacjom.

            Laura milczy przez dłuższą chwilę, niespokojnie oblizuje spierzchnięte wargi, wierci stopą w miejscu. Marek doskonale rozpoznaje te symptomy. Szybko nauczy się diagnozować każdy jej stan. Jak chociażby ten – zakłopotanie.

            – Zawsze żyjesz od tyłu? Najpierw zdrowiejesz, potem chorujesz...?

            Na brzegu zebrały się ptaki. Wyglądają jak szare morze piór i łbów. Zabawnie skaczą po malutkiej plaży. Podrywają się do lotu dopiero wtedy, gdy ktoś z innej części wału rzuca w ich kierunku mały, okrągły przedmiot. Nakrętka od pepsi.

            – Najpierw widzę siniaka, potem dopiero się o coś uderzam. Najpierw kogoś żegnam, potem witam. Niedługo spotkam moich rodziców, potem będę ich poznawał, aż wreszcie znów zapomnę. Tracę wiedzę, czytając gazety. Z każdą przeczytaną stroną zapominam. Kiedyś na kartach elementarza zostawię zdolność czytania, a potem umrę w dniu, w którym się narodzę.

            Marek przerywa, chociaż planował powiedzieć coś więcej. Po kilku sekundach ciszy znów podejmuje temat, tym razem ze znacznie większym dystansem:

             – Jestem jak film puszczony od tyłu, dni to moje kolejne klatki. Moje jutro jest twoim wczoraj.

            – I nigdy nie byłeś szczęśliwy? Tak do końca, bezwzględnie i dłużej niż sześć miesięcy i trzy dni. – Ostatnie słowa z trudem przechodzą jej przez gardło.

            – Nie zmienisz tego – mówi, bez trudu odgadując, o co jej chodzi. – Będziesz próbowała. Niemal cały czas będziesz szukała sposobu, żebyśmy dłużej byli szczęśliwi. Nie w w tej erze.

            – W takim razie mam tylko jedną prośbę – zaczyna Laura jeszcze później. Wieczór przerodził się już w noc, niespełna kwadrans, a zegary wybiją dwunastą. Cały czas krążą po uliczkach, przemarznięci do szpiku kości, sporo milczą. Od rozmowy na wale dzieli ich sporo łez Laury, która wtedy bardziej niż kiedykolwiek czuła, że mogła być szczęśliwa, a całe to szczęście przeciekło jej przez palce.

            – Kiedy ten dzień się skończy... Pożegnaj mnie, dobrze? Skoro w twojej linii czasu nigdy się już nie spotkamy, w mojej też już nie będzie prawdziwego powitania. Myślę, że zrozumiałam.

            Razem czekają na rynku aż stary dzwon wybije godzinę. Pierwsze uderzenie, drugie, trzecie, dziesiąte.

            – Żegnaj – mówi Marek.

            – Witaj – mówi Laura.

            Potem oboje odwracają się i idą każde w swoją stronę. Zegar bije po raz dwunasty.

 

                                                 Justyna Jasiorowska

 
 
 

 

 

Strona tytułowa